Są takie wieczory, po których nie chce się od razu wracać do codzienności. Wczoraj właśnie taki wieczór dostałyśmy.
Usiadłyśmy, żeby posłuchać piosenek Agnieszki Osieckiej, a wyszłyśmy z czymś znacznie bardziej osobistym. Z myślami, które nagle stały się głośniejsze. Ze wspomnieniami. Z uśmiechem, który pojawiał się nie wiadomo skąd, i z tym cichym wzruszeniem, którego czasem nie trzeba nikomu tłumaczyć.
Aleksandra Jeznach nie próbowała śpiewać Osieckiej „tak jak kiedyś”. Opowiedziała jej piosenki po swojemu — kobiecym głosem, własną emocją i doświadczeniem. I może właśnie dlatego tak łatwo było odnaleźć w nich siebie. To, co przeżyłyśmy. To, za czym tęsknimy. To, czego się boimy. I to, o czym czasem jeszcze nie umiemy mówić.
Między piosenkami pojawiały się słowa Basi Święcickiej — proste, bliskie, prawdziwe. O codzienności, relacjach, samotności, bliskości, potrzebie bycia zauważoną i o tym, jak trudno czasem być po prostu sobą. Słuchałyśmy i miałyśmy wrażenie, że ktoś ubiera w słowa rzeczy, które nosimy w sobie od dawna.
A nad tym wszystkim unosiła się muzyka. Fortepian Pawła Podeszwika, który raz otulał, a raz mocniej poruszał emocje. Saksofon i flet poprzeczny Marcina Dąbrowskiego, które dodawały tej muzycznej opowieści lekkości, czułości i oddechu. Ich akompaniament nie był tylko tłem — był rozmową. Czasem szeptem, czasem odpowiedzią, czasem dźwiękiem, który mówił więcej niż całe zdanie.
Było w tym koncercie coś bardzo kobiecego. Ta szczególna chwila, kiedy jesteśmy razem, a jednocześnie każda z nas przeżywa coś swojego. Kiedy czyjeś słowa nagle przypominają nam naszą własną historię. Kiedy piosenka wraca z nami do domu.
I chyba właśnie to zostało z nami najbardziej.
Nie tylko muzyka.
Nie tylko Osiecka.
Ale to, co wydarzyło się gdzieś pomiędzy dźwiękiem a ciszą, pomiędzy słowem a wspomnieniem.
Wyszłyśmy z koncertu trochę bardziej poruszone, trochę bardziej zamyślone i chyba też trochę bliżej samych siebie.
Dziękujemy, Olu, za ten piękny wieczór. Za muzykę, która dotknęła czegoś głębiej. Za słowa, które zostały. I za tę niezwykłą przestrzeń, w której przez chwilę mogłyśmy po prostu być.
Foto: Alicja Woronowicz

